Frederik Pohl        Farmer na ulicach miasta

Na wsch�d a� po horyzont ci�gn�o si� tysi�c akr�w soi, po drugiej stronie drogi, na zach�d - drugie tysi�c akr�w kukurydzy. Zeb ze z�o�ci� kopn�� zaw�r irygacyjny i przygl�da� si� jak licznik rejestruje zmiano przep�ywu. Przekl�ta pogoda! Dlaczego nie pada? Wci�gn�� g��boko powietrze i marszcz�c brwi potrz�sn�� g�ow�. Wzgl�dna wilgotno�� osiemdziesi�t pi�� procent. Nie, bli�ej osiemdziesi�ciu siedmiu. A na niebie ani jednej chmurki.

   Dzie� dobry - zawo�a� s�siad z pola za drog�.

   Zeb skin�� g�ow�. On by� od soi, a Wally od kukurydzy i nie mieli wsp�lnych temat�w, ale wypada�o zamieni� z nim kilka s��w. Wyci�gn�� z kieszeni chustk� i przetar� czo�o.

   - Musia�em zwi�kszy� przep�yw - zagada� uprzejmie.

   - Ja te�. Tyle tylko, �e CO2 wzros�o. Mamy chocia� dobr� prze­mian� w�glow�.

   Zeb chrz�kn�� i schyli� si� po grudk� ziemi. Rozgni�t� j� mi�dzy palcami badaj�c pr�chnic� i poliza�.

   - Znowu ma�o kobaltu - stwierdzi� po zastanowieniu. Ale Wal­ly'ego nie obchodzi� sk�ad gleby.

   - Zeb? S�ysza�e� co�?

   - O czym?

   - O wszystkim. No wiesz.

   Zeb odwr�ci� si� w jego stron�.

   - Chodzi ci o te zwariowane plotki o zamykaniu gospodarstw rolnych, chocia� ka�dy wie, �e nie mog� tego zrobi�. Nic takiego nie s�ysza�em, a je�li nawet kto� co� o tym m�wi�, to nie zwr�ci­�em na to uwagi.

   - Tak, Zeb, ale m�wi si�, �e...

   - Mog� gada� co chc�; Wally. Ja nie s�ucham, a teraz musz� wra­ca�, bo Becky i dzieciaki b�d� si� martwi�. Cze��. - Odwr�ci� si� i pomaszerowa� w strona chat.

   - Wujek Puszka - krzykn�� za nim drwi�co Wally, ale Zeb uda� �e nie s�yszy. Wyj�� tylko chustk� i znowu wytar� czo�o.

   To nie by� pot. Zeb nigdy si� nie poci�. R�ce, plecy i pachy mia� zawsze suche, niezale�nie od pogody i od tego jak d�ugo i ci�ko pracowa�. L�ni�ce krople na jego czole pochodzi�y z powietrza. Izolacja wok� superch�odzonych z��czy Josephsona, kt�re two­rzy�y jego m�zg by�a dobra, ale nie idealna. Kiedy my�la� inten­sywniej ni� zwykle, wzmaga�o si� dzia�anie zespo��w ch�odz�­cych.

   A Zeb mia� wiele do przemy�lenia. Zlikwidowanie gospodarstw rolnych? Tylko idiota m�g�by w to uwierzy�! Ka�dy robi to, co do niego nale�y. Uprawia ziemie, sieje, albo sprz�ta i gotuje w domu W�a�ciciela, albo uczy jego dzieci, albo wozi pani� W�a�cicielka w odwiedziny do innych w�a�cicieli. Takie jest �ycie na farmie i zawsze tak b�dzie, bo jak inaczej?

   Zeb pozna� odpowied� na to pytanie nast�pnego dnia, zaraz po ko�ciele.

   Zeb by� robotem Klasy A o ilorazie inteligencji sto trzydzie�ci pi�� i chocia� mia� wmontowane blokady zwi�zane z jego przezna­czeniem, to jednak nie powinno go by�o to zaskoczy�. Szczeg�l­nie, gdy us�ysza�, �e wielebny Harmswallow wybra� tego ranka fragmenty z Mateusza i B�ogos�awie�stwa, zw�aszcza to, �e cisi posi�d� ziemi�. Wielebny by� pulchnym m�czyzn� o r�owej twarzy, a jego najlepsze kazania dotyczy�y grzechu i nieuniknio­nego ognia piekielnego. Zawsze by� rozczarowany, �e robotnicy rolni nale��cy do jego parafii nie byli fizycznie przystosowani do co ciekawszych grzech�w, ale kompensowa� to sobie k�ad�c szczeg�lny nacisk na pokor�.

   - Nawet wtedy - zako�czy� potrz�saj�c g�ow� - gdy wszystko uk�ada si� nie tak, jak s�dzicie, �e powinno. Teraz od�piewamy hymn, a potem ludzie od soi zbior� si� w sali gimnastycznej, a ci od kukurydzy w holu na drugim pi�trze. Wasi w�a�ciciele maj� wam co� do przykazania.

   A wiec nie by�a to niespodzianka i Zeb w�a�ciwie nie zdziwi� si� a� tak bardzo. Ju� od dawna jaka� cz�� jego kriobwod�w w czaszce ze stali tytanowej rejestrowa�a z�e znaki. Ma�e opady. Zubo�enie gleby. Str�ki ros�y du�e, bo powietrze by�o bogate w w�giel. Ale gor�cy wiatr wysusza� je szybko, cho�by si� nie wia­domo ile podlewa�o. A to by�y tylko fizyczne oznaki. Zachowanie W�a�ciciela te� by�o wymowne - wzdycha� wtedy, gdy powinien by� si� �mia�, nie zauwa�a� nawet, �e niekt�re chaty trzeba wy­bieli� albo �e na rabatach pleni� si� chwasty. Zeb widzia� to wszy­stko i wyci�ga� w�a�ciwe wnioski. Blokady temu nie przeciwdzia­�a�y, nie pozwala�y jedynie na m�wienie o tym, czy na �wiadome rozwa�ania. W programie Zeba nie by�o zmartwie�. Musia� mie� zawsze u�miechni�t� twarz.

   Tak wiec po wys�uchaniu W�a�ciciela wygl�da� na r�wnie zasko­czonego jak ca�a reszta pracownik�w.

   - Jeste�cie dobrymi pracownikami .- wielkodusznie o�wiadczy� W�a�ciciel. Jego blada, inteligentna twarz dziwnie wygl�da�a pod s�omianym kapeluszem. - I doprawdy pragn��bym, �eby wszy­stko mog�o toczy� si� tak jak do tej pory, ale to niemo�liwe. To ten program rozwoju rolnictwa - wyja�nia�. - Idioci z Waszyngtonu ograniczyli dotacje tak, �e nie op�aca si� ju� tutaj nic uprawia�. Ale nie jest ca�kiem �le - doda� pogodniejszym g�osem. - Z pew­no�ci� ucieszy was wiadomo��, �e zwi�kszyli fundusz pomocy dla rolnik�w. Wiec moja �ona, ja i dzieci mamy zabezpieczon� przysz�o��. A nawet - rozpromieni� si� - je�li chodzi o pieni�dze, b�dziemy w lepszej sytuacji ni� dot�d!

   - To wspaniale!

   - Bogu niech b�d� dzi�ki!

   Wszyscy odetchn�li z ulg�. Smutek rozp�yn�� si� w u�miechach. Wtem odezwa� si� Zeb:

   - Prosze Pana? Przepraszam, �e pytam, ale co b�dzie z nami? Zatrzymacie nas?

   W�a�ciciel zniecierpliwi� si�.

   - Ale� to niemo�liwe. Nie mogliby�my dostawa� pieni�dzy z fun­duszu, gdyby�my uprawiali ziemie, wiec nie ma sensu trzyma� tutaj was wszystkich, nie rozumiesz tego?

   Cisza. Wreszcie odwa�y� si� nast�pny pracownik.

   - A w�a�ciciel p�l kukurydzy? Potrzebuje dobrych robotnik�w? Wie pan, �e nie znosimy kukurydzy, ale mo�na nas szybko prze­programowa�...

   W�a�ciciel pokr�ci� g�ow�.

   - W tej chwili m�wi swoim ludziom to samo. Nikt was nie potrze­buje.

   Robotnicy spojrzeli po sobie.

   - Kaznodzieja, on nas potrzebuje - zasugerowa� jeden z nich. ­Tworzymy jego parafie.

   - Obawiam si�, �e wielebny Harmswallow ju� was nie potrzebu­je. - W�a�ciciel wyprowadzi� go z b��du. - Od dawna chcia� zosta� misjonarzem i w�a�nie dosta� wezwanie. Nie, jeste�cie niepo­trzebni, po prostu.

   - Niepotrzebni?

   - Zbyteczni. Nie ma powodu, �eby�cie tu zostali - powiedzia� W�a�ciciel. -Jutro rano przyjad� po was ci�ar�wki. Macie czeka� przed chatami, gotowi do odjazdu, przed zero-siedemset. Znowu cisza. Potem Zeb:

   - Gdzie nas zabior�?

   W�a�ciciel wzruszy� ramionami.

   - My�l�, �e jest jakie� specjalne miejsce. - U�miechn�� si�. - Ale mam dla was niespodziank�. Pani i ja chcemy wam na po�egna­nie urz�dzi� zabaw�. Dzi� wieczorem b�d� ta�ce, a dla najlep­szych tancerzy nagrody, a potem wszyscy p�jdziecie do Wielkie­go Domu i za�piewacie nam. Obiecuje, �e Pani, ja i dzieci przyj­dziemy na te uroczysto�ci.







    Miejsce, do kt�rego ich zabrali by�o ponurym, szarym budynkiem w Des Plaines. Kierowca ci�ar�wki, pot�ny milcz�cy robot w czapce z daszkiem i sk�rzanej kamizel­ce, nie odpowiedzia� na �adne z pyta�, kt�re zadawali mu paku­j�c si� do wozu. Milcza� r�wnie�, gdy wysiedli przed bram� z napisem







   - St�jcie tutaj - rozkaza�. - Wszyscy wysiedli? W porz�dku. ­Zamkn�� klap� ci�ar�wki i odjecha�, zostawiaj�c ich na deszczu. No i czekali. Czterna�cie �wietnych robot�w, oni, one i trzy ma�e, zbyt przygn�bieni, �eby rozmawia�. Zeb wytar� twarz i mruk­n��:

   - Czy nie mog�o pada� tam, gdzie deszcz nam by� potrzebny. Musi akurat la� tutaj, gdzie nikomu to si� do niczego nie przy­da.

   Jedynym, kt�ry nie poddawa� si� rozpaczy by� Lem. By� w�r�d nich niedawno. Przedtem pracowa� jako ogrodnik w Urbanie, zanim jego w�a�ciciele postanowili wyemigrowa� do kolonii O'Neill. Uda�o musie zaczepi� na farmie, kiedy po wypadku trak­tora nieoczekiwanie zwolni�o si� jedno miejsce, ale ci�gle z roz­rzewnieniem wspomina� wspania�� Urban�. Teraz by� pe�en za­pa�u.

   - Des Plaines! To w�a�ciwie Chicago! Wr�ci�y dobre czasy, przy­jaciele. State Street! Z�ote Wybrze�e!

   - A znajd� dla nas robot� w Chicago? - zapyta� niedowierzaj�co Zeb.

   - Prace? Cz�owieku, kogo obchodzi praca? To Chicago! Teraz sobie po�yjemy!

   Zeb pokiwa� g�ow� zamy�lony. Nie by� wprawdzie przekonany, ale chcia� mie� nadziej�. Tak by� zaprogramowany. Otworzy� usta i spr�bowa� deszcz. Skrzywi� si�. Cierpki, du�o sta�ych cz�­steczek, du�o wiecej dwutlenku w�gla i NO2 w powietrzu, do kt�rego by� przyzwyczajony. Co to za miejsce, gdzie nawet deszcz ma z�y smak? To pewnie od samochod�w, pomy�la�, za­miast starych, porz�dnych silnik�w elektrycznych u�ywaj� spa­linowych! Tak wiec ca�y optymizm rozp�yn�� si� zanim przed blokiem zacz�� si� ruch. Drug� bram� wje�d�a�y samochody. w �rodku zapali�o si� �wiat�o. Potem drzwi z falistej blachy rozsu­n�y si� i jaki� ciemny robot wyszed� otworzy� bram�.

   - Chod�cie, wyrzutki - powiedzia�. - Zaraz si� was przeprogra­muje.

   Kiedy przysz�a kolej na Zeba, wpuszczono go do bia�ego pokoju, w kt�rym pod �cian� sta�a z�owieszcza kanapka przykryta pla­stykiem. R.R. czyli Reprogramatorem Robot�w, do kt�rego go skierowano by�a jasnow�osa, �adna ona-robot w bia�ym fartuchu i z d�ugimi wisz�cymi kryszta�owymi kolczykami, przypomina­j�cymi male�kie �yrandole. Posadzi�a Zeba na kozetce, kaza�a mu si� pochyli� i szybko wetkn�a do jego ucha pomalowany na czerwono paznokie�. Zadr�a� czuj�c jak jego pami�� przechodzi do jej uk�ad�w wybieraj�cych. Kiwn�a g�ow�.

   - Nie jeste�. skomplikowany - stwierdzi�a pogodnie. - Nie b�dzie­my ci� tu d�ugo trzyma�. Rozepnij koszule.

   Zniszczone prac� na roli palce Zeba �lamazarnie odpina�y guziki flanelowej koszuli.

   Zanim sko�czy�, ona niecierpliwie odsun�a jego r�ce i jednym szarpni�ciem rozchyli�a koszule. Urwany guzik potoczy� si� po pod�odze.

   - I tak b�dziesz musia� dosta� nowe ubranie - powiedzia�a wty­kaj�c d�ugie szkar�atne paznokcie w cztery w�skie szczeliny po obu stronach jego klatki piersiowej. Zdj�a przedni� �ciank�, od­�o�y�a na bok i zajrza�a do �rodka.

   Znowu kiwn�a g�ow�.

   - Nie ma problemu - powiedzia�a wyci�gaj�c jakie� elementy pewnymi, zr�cznymi palcami. - Teraz przez chwile b�dziesz si� dziwnie czu� i nie b�dziesz m�g� m�wi�, ale sied� spokojnie. Dziwnie? Zebowi zdawa�o si�, �e pok�j wiruje wok� niego i nie tylko nie m�g� m�wi�, lecz tak�e nie m�g� sobie przypomnie� s��w. Ani my�li! By� prawie pewny, �e w�a�nie zastanawia� si� czy jeszcze kiedy� zobaczy - zobaczy co? Nie pami�ta�.

   Mia� wra�enie, �e co� w nim ��czy si� z czym� innym, nie dotyk, ale takie uczucie jak przy wk�adaniu nogi do buta. Ju� m�g� odpo­wiedzie� sobie na pytanie. Farm�. R.R. roze�mia�a si� i zrozu­mia�, �e powiedzia� to na g�os.

   - Widzisz? Ju� jeste� prawie naregulowany. U�miechn�� si� do niej.

   - To doprawdy zaskakuj�ce - stwierdzi�. - Niemal zat�skni�em za �yciem na wsi! Jak gdyby uroki sielankowego krajobrazu mia­�y znaczenie dla... O rany! Dlaczego ja tak m�wi�?

   - No c�, nie chcia�by� chyba - odpowiedzia�a ona-robot - mie­szkaj�c w wielkim mie�cie m�wi� jak prosty ch�op.

   - Z pewno�ci�- Zeb przyzna� jej racje. - Ale nasuwa mi si� kolej­ne pytanie: Czy zasady gramatyki tekstowej i poetyki mo�na uzna� za przydatne w mojej przysz�ej karierze?

   R.R. zmarszczy�a brwi.

   - To s�ownik krytyka literackiego - t�umaczy�a si�. - Zrozum, kto� musi tego u�ywa�.

   - Ale dlaczego ja?

   - Po prostu tylko to mamy pod Tek�. Dobra. Przekonasz si�, �e s� te� inne zmiany. Wyci�gn�am elementy do analizy gleby i obs�u­gi maszyn rolniczych. Ale mog� zostawi� pie�ni i ta�ce, je�li chcesz?

   - Po c� zostawia� cienie przesz�o�ci? - odpar� z gorycz�.

   - Ale�, Zeb - zniecierpliwi�a si� - niepotrzebne ci te specjalistycz­ne umiej�tno�ci i" nie b�dzie ci ich brakowa�o. Nawet nie wiesz jakie wspania�o�ci dosta�e� w zamian. - Umocowa�a przedni� �ciank� jego klatki piersiowej na dawnym miejscu i poleci�a:

   - Poka� r�ce.

   - Ka�dy chcia�by mie� jakie� szczeg�lne zdolno�ci - narzeka� pa­trz�c podejrzliwie jak R.R. wtyka jego d�onie do otwor�w w kon­soli. Czu� jakby go co� �askota�o.

   - Dlaczego nie? Chocia�by widzenie podczerwone - odpar�a z dum�, przygl�daj�c si� cyfrom na konsoli - nie b�dziesz mia� problem�w w ciemno�ci. Poza tym o dwadzie�cia procent wy�­sza temperatura wy��cznik�w w obwodach zespo��w rucho­wych, �eby� by� silniejszy i szybciej biega�. Plus nazwiska, adresy i telefony sze�ciu dobrych por�czycieli i adwokata!

   Wyci�gn�a jego r�ce z maszyny i obejrza�a je z zadowoleniem. Brud zosta� wyskrobany spod paznokci, odciski wyg�adzone. Te­raz by�y to r�ce kogo� z miasta - kogo�, kto nigdy nie splami� si� prac� fizyczn�.

   - A do jakiej roli potrzebny ten nowy rynsztunek? - zapyta� Zeb.

   - Do twojej nowej pracy. To jedyne wolne miejsce, kt�re mamy w tej chwili; ale to nie. jest z�a praca. B�dziesz napada� na prze­chodni�w i rabowa�.







   Po pierwszej nocnej robocie Zeb �mia� si� ze swoich po­przednich obaw. Farma to by�o zero!

   Przydzielili go na nauk� do niego - robota o imieniu Timot­hy. Timothy przej�� si� swoj� rol�.

   - Chod�, ma�y - powiedzia�, kiedy Zeb wszed� do poczekalni i ruszy� do drzwi. Nie spojrza� nawet czy Zeb idzie za nim. Zeb mia� nik�e poj�cie o tym jak daleko jest Chicago i w kt�rym kie­runku, ale by� pewien �e nie mo�na si� tam dosta� na piechot�. - Czy ruszymy w podr� �elaznym koniem? - zapyta� z przej�­ciem. Poci�gi przeje�d�aj�ce obok farmy wydawa�y mu si� wspa­nia�e - poci�gi towarowe, osobowe, pospieszne, rolnicy zawsze zastanawiali si� gdzie te� one mog� pod��a� i jak tam gdzie� mo�e by�. Timothy nie odpowiedzia�. Obrzuci� Zeba spojrzeniem wyra�aj�cym lito��, zniecierpliwienie i pogard�. Stan�� na ulicy i podni�s� r�k�. Wielki, zielono-bia�y poduszkowiec zatrzyma� si� przed nimi z piskiem. Timothy da� r�k� znak, �eby wsiad� i sam usadowi� si� obok. Kierowca ruszy� ostro nad Kennedy Facpress­way. Zeb. wpatrywa� si� �apczywie w migaj�ce za oknem przed­mie�cie. Zatrzymali si� przed markiz� imponuj�co okaza�ego ho­telu, z kt�rego wychodzi�y i do kt�rego wchodzi�y eleganckie pary w kosztownych strojach. Zeb zauwa�y�, �e Timothy rzuci� taks�wkarzowi banknot nie spojrzawszy nawet na licznik i wy­siad� nie czekaj�c na reszt�.

   Przez chwil� sta� pod markiz�, uprzejmie k�aniaj�c si� turystom. Potem rzuci� Zebowi szybkie spojrzenie, odwr�ci� si� i odszed�. Zeb zn�w musia� wysila� si�, �eby za nim nad��y�. Kiedy skr�ci� za Timothym w boczn� ulic� by�o ju� prawie po wszystkim. Ten robot o chytrej twarzy �asicy dopad� dobrze ubran� par� w ciem­nym zau�ku i w�a�nie pozbawia� ich portfela, zegark�w i pier�­cionk�w. Kiedy ju� mia� to co chcia�, kaza� im si� odwr�ci� twarz� do �ciany, kopn�� ka�de z nich fachowo pod kolanami i gdy upad­li, odwr�ci� si� i ruszy� biegiem, bezg�o�nie. By� szybki, ale Zeb podchwyci� ju� jego spos�b dzia�ania. By� gotowy. Bieg� tu� za Timothym zanim obrabowani podnie�li wrzask. Min�li hotel, wmieszali si� w t�um przed teatrem. Timothy zwolni� i spojrza� na Zeba z aprobat�.

   -Niez�y refleks - pochwali� go. -. Masz klas�, dzieciaku. Dasz sobie rad�.

   - Jako tak zwany zwyk�y z�odziejaszek? - zapyta� Zeb, troch� rozdra�niony protekcjonalnym tonem robota.

   Timothy przyjrza� mu si� bacznie.

   - �miesznie m�wisz - powiedzia�. - Trafi� ci si� jeden z tych dodatkowych s�ownik�w? Zreszt�, to niewa�ne. Widzia�e�, jak to si� robi?

   Zeb zawaha� si�, spogl�daj�c za siebie czynie wida� po�cigu, ale wydawa�o si�, �e nic si� nie dzieje.

   - C�, s�dz�, �e tak- odpowiedzia�.

   - Dobra. Teraz ty dzia�asz - powiedzia� Timothy beztrosko i po­prowadzi� Zeba z powrotem przed hotel.







   O p�nocy Zeb mia� ju� za sob� pi�� samodzielnych rabun­k�w, w dw�ch pomaga� i widzia� jak mniejszy robot okrad� osiem os�b. Teraz dzielili si� �upami w ciemnym k�cie baru na North Michigan Avenue.

   - Nie�le si� spisa�e�, ma�y - stwierdzi� Timothy wylewnie. - Przy­najmniej jak na ��todzioba. Zaraz zobaczymy. Tw�j udzia� to sze�� zegark�w, osiem kawa�k�w bi�uterii, licz�c ten naszyjnik ze sztucznych korali, kt�rym niepotrzebnie sobie zawraca�e� g�o­w�, to b�dzie mniej wi�cej sze��set albo siedemset w przeliczeniu na pieni�dze.

   - I jeszcze kilka kart kredytowych - doda� Zeb z entuzjazmem. - To niewa�ne. Bierz tylko to, co mo�esz wyda� i na czym nie ma nazwiska. No i jak my�lisz, mo�esz ju� zacz�� dzia�a� na w�asn� r�k�?

   - Wzi�cie na siebie takiej odpowiedzialno�ci wymaga zastano­wienia...

   - To znaczy, �e nie mo�esz. No dobra. - Po robocie Timothy sta� si� rozmowny. - Za�o�� si�, �e nie wiesz dlaczego chcia�em, �eby� te dwa razy mnie os�ania�.

   - Zauwa�y�em pewn� niekonsekwencj� - przyzna� Zeb. - Jest to rzeczywi�cie niezrozumia�e post�powanie. Kiedy s� dwie albo nawet trzy ofiary, sam stawiasz im czota. W przypadku pojedyn­czych przeciwnik�w, zdecydowa�e�, �e potrzebujesz asystenta. - A w�a�nie! Wiesz dlaczego? Nie wiesz. No to ci powiem. Kiedy �apiesz jego i j� albo nawet dwoje tego samego rodzaju, on my�li o tym jak j� ochroni�, tak jest w programie. Wi�c nie ma k�opo­t�w. Ale ci pojedynczy oni - do pioruna, gdybym. sam si� na takiego rzuci�, m�g�by nawet wyrwa� mi n� i trafi� mnie nim. Musisz zrozumie� zasady post�powania robot�w, ma�y. Na tym polega nasza robota. Nie napi�by� si� czego�?

   - Raczej nie, dzi�kuj� - odpowiedzia� zak�opotany Zeb, ale drugi robot spojrza� na niego ze zrozumieniem.

   - Nie masz podzespo��w przewodu pokarmowego, co?

   - No c�, Timothy, w �rodowisku wiejskim, do kt�rego nale�a­�em nie istnia�y ewidentne potrzeby...

   - Nie potrzebujesz ich, ale powiniene� je mie�. Tak samo jak zbiorniki na pobierane p�yny i jeszcze obieg powietrza, �eby� m�g� zapali� cygara. I przesta� gada� tak dziwacznie - t�umaczy� mu gorliwie - masz pierwszorz�dn� prac� i musisz �y� na odpo­wiednim poziomie, rozumiesz? �adnego metra, �adnego liczenia drobnych, gdy dostajesz reszt�. Reszty nie bierzesz. To dopiero pierwszy dzie� twojej pracy, poczekamy do ko�ca tygodnia. Ale potem wr�cisz do tej farbowanej blondyny i niech ci� poprawi. Teraz schowamy towar, na dzisiaj wystarczy.







   Ze b by� w�a�ciwie z siebie zadowolony. Kieszenie mia� wy­pchane pieni�dzmi, czyta� jad�ospisy eleganckich restauracji, �eby przygotowa� si� do przysz�ych zwyczaj�w. Spo­dziewa� si�, �e osi�gnie sukces przynajmniej taki jaki Timothy.

   To by�a jego trzecia noc na Z�otym Wybrze�u. Czwarta ju� mia�a nie nast�pi�.

   Jego ostatnie ofiary tego wieczoru nie chcia�y rozsta� si� z brylan­towym pier�cionkiem. Wi�c Zeb, tak jak go nauczono, waln�� jego na odlew, warkn�� na ni� i brutalniej ni� zwykle �ci�gn�� z jej palca pier�cionek. Dwie minuty p�niej i trzy ulice dalej stan�� pod latarni�; �eby przyjrze� si� zdobyczy. Krzykn�� przera�o­ny.

   Na pier�cionku l�ni�a kropla krwi.

   Ofiara nie by�a robotem. By�a prawdziw� ludzk� istot� p�ci �e�­skiej i kiedy us�ysza� zbli�aj�ce si� syreny woz�w policyjnych, nie by� ani troch� zdziwiony.







   Wy tutaj - powiedzia�a instruktorka resocjalizacji - zostali�­cie przyj�ci do nas poniewa�:

   a) nie pracujecie przez okres kr�tszy ni� dwadzie�cia jeden miesi�cy,

   b) macie nie mniej ni� sze�� nieusprawiedliwionych nieobecno�ci w miejs­cu szkolenia lub pracy,

   c) macie wyrok w zawieszeniu,

   d) zosta­li�cie wyprodukowani osiemna�cie lub wi�cej lat temu.

   Tak m�wi regulamin, a znaczy to - m�wi�a dalej z coraz wi�kszym zacietrzewieniem - �e jeste�cie m�ty spo�eczne. Beznadziejne, niezaradne i niebezpieczne szumowiny, kt�rymi musi zajmowa� si� reszta spo�ecze�stwa. Rozumiecie to chocia�? - obrzuci�a sied­mioro podopiecznych w�ciek�ym spojrzeniem.

   By�a niska, gruba, ruda i mia�a brzydk� cer�. Jak oni mog� pro­dukowa� takie stworzenia, dziwi� si� Zeb. Kr�ci� si� i rozgl�da� chc�c przyjrze� si� pozosta�ym.

   - Ty! W ��tym swetrze! Zeb! - zaskrzecza�a.

   Drgn��. - S�ucham, prosz� pani?

   - Znam si� na takich jak ty - wycedzi�a z ponur� satysfakcj� ­jeste� typowym recydywist�. Nie potrafisz nawet wys�ucha� ko­go�, kto stara si� ci pom�c. I co ja mam zrobi� z siedmioma pr�­niakami? Ju� wiem, jak to b�dzie. Za�o�� si�, �e dwoje odpadnie, przed uko�czeniem kursu, a nast�pnych dwoje b�d� musia�a skre�li� za nieobecno�ci i sp�nienia. A reszta i tak pr�dko wr�ci do rynsztoka. Dlaczego ja to robi�? - Pokiwa�a g�ow�, podnios�a si� majestatycznie i podszed�szy do tablicy napisa�a swoje trzy przykazania:

   1. PUNKTUALNIE

   2. CODZIENNIE

   3. NAWET JE�LI NIE MACIE OCHOTY

   Odwr�ci�a si� i oparta o krzes�o.

   - To s� wasze trzy Z�ote Zasady, wy �mieci. Macie je wype�nia� jak boskie przykazania i nie wa�cie si� o nich zapomina�. Jeste�­cie tu, �eby nauczy� si� jak by� odpowiedzialnymi, warto�ciowy­mi istotami. Co?

   Chudy, stary on-robot obok Zeba podni�s� dr��c� r�k�. �atwo by�o rozpozna� dlaczego kwalifikuje si� na ten kurs. Model sprzed co najmniej trzydziestu �at, z kulistymi z��czami na ra­mionach, o twarzy niemal�e nieruchomej.

   - A je�li po prostu nie b�dziemy mogli, psorko? - zapyta� star­czym g�osem. - To znaczy jak si� na przyk�ad przegrzejemy i b�dziemy musieli le�e� albo...

   - Doprowadzasz mnie do rozpaczy - biada�a instruktorka, kiwa­j�c g�ow� jakby chcia�a pokaza�, �e tego w�a�nie spodziewa�a si� po takich jak on. - To s� typowe wym�wki i nie chce tego s�ysze�. Je�li naprawd� co� komu� b�dzie, to musi przyj�� tu co najmniej dwie godziny przed lekcj� i zwolni� si�. Czy to tak trudno zapa­mi�ta�? Ale i tak nie b�dziecie tego robi�, wy pr�niaki.

   - Dwie godziny to du�o - z uporem wyja�nia� staruszek. - Nie zawsze wiem o tyle wcze�niej, �e b�d� musia� le�e�, psorko. Wie­le mo�e si� zdarzy�.

   - Nie m�wcie do mnie psorko! Napisa�a na tablicy:

   DR ELENA MINCUS, MAGISTER, DOKTOR NAUK HUMANI­STYCZNYCH.

   - Macie do mnie m�wi� Dr Minkus albo Pani. A teraz uwa�aj­cie.

    Zeb s�ucha� z uwag�, bo dziesi�� nocy w wiezieniu przed prze­s�uchaniem i por�czeniem obro�cy przekona�o go, �e nie chce tam ju� nigdy wraca�. Ten ha�as! Ci�ba! Chamstwo stra�nik�w! I nic nie mo�na by�o na to poradzi�, bo niekt�rzy z nich byli lud�­mi. Mo�e nawet wi�kszo��. Gdyby si� nad tym zastanowi� to pewnie nie by�oby wcale wi�zie�, gdyby nie to, �e niekt�rzy ludzie chcieli by� stra�nikami. Co za sens kara� robota, zamyka­j�c go w celi?

   Wi�c s�ucha� uwa�nie. S�ucha� nawet wtedy, gdy Dr Mincus m�­wi�a o tak nieistotnych dla niego szczeg�ach zachowania cywi­lizowanego pracownika jak stanie w kolejce po bilety na koncert albo co robi� na zabawie sylwestrowej. Nie wszyscy w klasie zachowywali si� tak przyk�adnie. Ma�y staruszek obok niego ra­czej nie sprawia� k�opot�w, pogr��ony w ponurych rozmy�la­niach, ale dwie one-roboty w mini sp�dniczkach, z torebkami wyszywanymi paciorkami, z pewno�ci� zas�ugiwa�y na to my�­la� Zeb, �eby spe�ni� statystyczne przewidywania Dr Mincus, przez skre�lenie z listy. Ta z oczami pomalowanymi na zielono prycha�a na wszystko, co powiedzia�a instruktorka i robi�a miny za jej plecami. A ta z czarnymi lokami. gada�a ca�y czas i nawet �mia�a odpowiada� nauczycielce. Skarcona za szeptanie, odparta leniwie:

   - Ej, pani, to wszystko s� brednie, no nie? Po co pani to robi?

   G�os dr Mincus dr�a� z oburzenia i satysfakcji kogo�, kto widzi, �e sprawdzi�y si� jego najczarniejsze prognozy:

   - Po co? Bo jestem specjalistk� w psychiatrii spo�ecznej.. i dlate­go, �e chce to robi�.. i dlatego, �e jestem cz�owiekiem i niech ka�­dy z was zawsze o tym pami�ta!







   Ku rs mia� jednak swoje dobre strony, o czym Zeb przekona� si�, gdy wys�ano go z powrotem do zak�adu wymiany robot�w. Jasnow�osa R. R. mamrota�a co� gniewnie pod nosem, wyci�gaj�c jakie� elementy z jego brzucha i wsadzaj�c inne. Kie­dy ju� m�g� m�wi�, podzi�kowa� jej, nagle zdaj�c sobie spraw� z tego, �e jest g�odny - naprawd� g�odny. Znaczy�o to, �e niekt�re nowe kawa�ki zawiera�y ca�y uk�ad trawienny - i �e usun�a jego wyszukany s�ownik. R. R. z nachmurzon� min� nic nie odpowiedzia�a i zamkn�a mu brzuch.

   Zeb dowiedzia� si� tak�e, �e wszystko to nie zwalnia go od obo­wi�zk�w.

   - My�l�, �e jak ci co� brakuje - R. R: u�miechn�a si� pogardliwie - to musisz wpakowa� si� w tarapaty. Wiec masz teraz najlepsze cz�ci i je�li chcesz zna� moje zdanie, to uwa�am, �e to zmarnowany sprz�t. Te pr�niaki z twojej klasy nigdy si� nie zmieni�. A je�li chcesz zosta� wyj�tkiem, b�dziesz musia� bardzo si� stara�, kiedy wr�cisz do pracy.

   - Do rabowania?

   - A do czego innego si� nadajesz? Chocia� - doda�a po namy�le, bawi�c si� kryszta�em zwisaj�cym jej z ucha - mia�am zam�wienie na nauczyciela angielskiego. Gdybym nie zmieni�a twojego s�ownika...

   - Wol� rabowanie.

   Wzruszy�a ramionami.

   - Jak chcesz. Ale nie spodziewaj si�, �e dostaniesz znowu ten dobry rejon. Nie po tym co zrobi�e�.

   Tak wiec, pogoda czy plucha, Zeb codziennie od sz�stej po po�udniu do p�nocy kr��y� w pobli�u starych domostw Roberta Taylo­ra, pozbawiaj�c stare roboty renty i ca�ej �a�osnej zawarto�ci kie­szeni. Od czasu do czasu zdarza�o mu si� zaw�drowa� a� do stu­denckiego miasteczka Instytutu Techniki Illinois w �lad za jakim� studentem albo profesorem, ale zawsze ostro�nie pyta�, czy jest robotem czy cz�owiekiem zanim kogo� dotkn��. Po nast�pnym wykroczeniu ju� go nie wypuszcz�.

   Z takiej kradzie�y nie by�o forsy na taks�wki, ale czasem, gdy ko�czy� wcze�niej, jecha� autobusem na Z�ote Wybrze�e. Dwa razy widzia� Tlmothy ego, ale ma�y robot obrzuciwszy go pogar­dliwym spojrzeniem odwr�ci� si� i odszed�. Niekiedy w�drowa� a� do parku. Amalfiego Amadeusa, nad jeziorem, gdzie �ywop�o­ty i zielona trawa przypomina�y mu minione dobre czasy na polach soi. Ale zawsze mia� ogromn� ochot� spr�bowa� ziemie i denerwowa�o go, �e nie mo�e tego zrobi�. Wiec wraca� do jas­nych �wiate� i t�um�w. Mimo �e bardzo si� stara�, nie potrafi� w�r�d eleganckiego t�umu na Placu Watertower i Ulicy Lake Sho­re odr�ni� dok�adnie ludzi, trzymaj�cych si� kurczowo �ycia na planecie Ziemi, zamiast na jednej z modnych kolonii na orbicie ­od robot�w, wyznaczonych do robienia t�oku.

   Dr Mincus wcale mu nie pomaga�a. Kiedy odwa�y� si� podnie�� r�k�, �eby j� zapyta�, w�ciek�a si�.

   - Odr�ni�? To znaczy, �e nie wiesz jaka jest r�nica? Miedzy �ywym cz�owiekiem a urz�dzeniem, kt�re istnieje tylko po to, �eby robi� to, czego nie chc� robi� ludzie i pomaga� im w robie­niu tego, co lubi�? Bo�e �wi�ty, Zeb, kiedy pomy�le ile czasu zmarnowa�am, �eby nauczy� si� pracowa� dla was z po�wiece­niem i cierpliwo�ci�, robi mi si� niedobrze. A teraz s�uchaj uwa�­nie, postaram si� wam wyt�umaczy� jaka jest r�nica miedzy ubieraniem si� jak przyzwoity cz�owiek a ubieraniem si� jak zwyk�a ulicznica.

   Pod koniec lekcji Lori, prostytutka o umalowanych na zielono oczach, uj�a go pod ramie i powiedzia�a wsp�czuj�co:

   - Uwzi�a si� na ciebie ta stara suka. Ju� chcia�am jej powiedzie�, �eby si� od ciebie odczepi�a. Zrobi�abym to, ale brakuje mi do wyrzucenia tylko jednego minusa.

   - Dzi�kuje, Lori. - Teraz, gdy Zeb mia� ju� zestaw do analizy bio­chemicznej odkry�, �e u�ywa ona sporej ilo�ci perfum - pi�mo, oceni�y jego czujniki, z odrobin� olejku bergamotowego i wanilii. W�chanie perfum to nie by�o to samo co badanie zawarto�ci CO2, ozonu, pary wodnej i substancji sta�ych w powietrzu nad polami soi. Poczu� si� nieswojo.

   Potulnie wyszed� z ni� z klasy. U�miechn�a si�.

   - Wiedzia�am, �e jeste� fajny facet, jak si� troch� rozlu�nisz, ko­chanie. Lubisz ta�czy�?

   Zeb przelecia� szybko zestaw jeszcze nie u�ywanych zdolno�ci. - Tak, my�l�, �e tak - odpowiedzia� zdziwiony.

   - S�uchaj. Dlaczego nie mieliby�my p�j�� gdzie�, usi��� i pozna� si� troch� lepiej, co?

   - No c�, Lori, chcia�bym. Ale powinienem teraz i�� na sw�j teren.

   - Do Southside, tak? To �wietnie - wykrzykn�a �ciskaj�c jego ramie - znam fantastyczne miejsce w�a�nie w tej okolicy. Chod�, nikt ci nic nie zrobi jak zaczniesz dzisiaj troch� p�niej. Zatrzy­maj taks�wk�.







   Tym fantastycznym miejscem by� niski betonowy blok kt�ry kiedy� s�u�y� za gara�. Sta� na rogu, naprzeciwko sklepu, a napis z p�ynnego kryszta�u nad drzwiami g�osi�:
Przytu�ek Southside
i
DOM KULTURYM
B�G CI� KOCHA!

   - To ko�ci�! - ucieszy� si� Zeb, przypominaj�c sobie szcz�liwe dni, kiedy "�piewa� w ch�rze wielebnego Harmswallowa.

   - No tak, co� w rodzaju ko�cio�a - przyzna�a Lori, p�ac�c za tak­s�wk�. - Ale nie nudz� za du�o. Wejd�, poznasz wszystkich i sam si� przekonasz jak tam jest!

   Zeb przekona� si�, �e to miejsce rzeczywi�cie nie przypomina�o ko�cio�a. Podobne by�o raczej do holu na drugim pi�trze nad g��wn� sal� wielebnego Harmswallowa, tam na farmie, mo�e nawet bardziej do - przetrz�sn�� sw�j nowy leksykon - Klubu Osiedlowego. W du�ej niskiej sali sta�y �awy i rozk�adane krzes�a. Na �rodku ta�czy�o kilka par. T�oczno tam by�o i gwarno. Wi�k­szo�� bywalc�w wygl�da�a raczej tak, jak koledzy Zeba z kursu ni� jak parafianie wielebnego Harmswallowa. Przy drzwiach, oparta o st�, drzema�a kobieta o zm�czonej, steranej �yciem twa­rzy. Nie przeszkadza� jej niesamowity ha�as, Zebowi natomiast w��czy� si� natychmiast regulator dop�ywu d�wi�ku. Tylko na jednym stole le�my jakie� religijne teksty.

   �r�d�em ha�asu by�a ostro wzmocniona muzyka dziesi�ciu in­strument�w i sze�ciu piosenkarzy. Przyjrzawszy si� bacznie mu­zykom, Zeb stwierdzi�, �e przynajmniej niekt�rzy z nich byli lud�mi. Czy w�a�nie po to stworzono to miejsce? �eby da� lu­dziom publiczno�� dla podziwiania ich talent�w albo ich ducho­wej wra�liwo�ci? Doszed� do wniosku, �e to bardzo prawdopo­dobne, ale zauwa�y�, �e zebrani nie zwracali na nich wi�kszej uwagi. Opr�cz tancerzy znajdowa�y si� tam grupki graj�cych w karty i dyskutuj�cych robot�w. Niekt�rzy �miali si�, inni opowia­dali co� z przej�ciem, jeszcze inni k��cili si� zawzi�cie. Kiedy Lori i Zeb weszli, niski i chudy on podni�s� g�ow� znad sto�u, wok� kt�rego siedzia�a jedna z najgor�cej rozprawiaj�cych grup. To by� Timothy - Timothy, jakiego Zeb dot�d nie zna�: pe�en pasji, z�y i zaskoczony.

   - Zeb! A ty sk�d si� tu wzi��e�?

   - Cze��, Timothy. - Zeb nie wiedzia� co zrobi�, ale maty robot najwyra�niej ucieszy� si�, �e go spotka. Przysun�� jeszcze jedno krzes�o i kiwn�� na niego, ale Lori trzyma�a Zeba mocno za ra­mi�.

   - Ej, ta�czymy czy nie? ­

   - Kr�lowo - odpowiedzia� za niego Timothy - pota�cz z kim� innym przez chwile. Chce, �eby Zeb pozna� moich przyjaci�. Ten wielki facet to Milt, a to Harry, Aleksandra, Valter 23-X, ta ma�a to Sally, a to Sue. Za�o�yli�my co� w rodzaju klubu.

   - Zeb - wtr�ci�a si� Lori, ale Zeb machn�� r�k�.

   - Za chwil� - powiedzia� i usiad� przy stole. To by�a dziwna gru­pa. Sally by�a rozmiar�w sze�cioletniego dziecka, ale �aty i �lady reperacji, szpec�ce jej twarz i r�ce, zdradza�y jej prawdziwy wiek. Reszta to zbieranina wszystkich mo�liwych rodzaj�w, mali i wielcy, nowi i starzy, ale jedn� cech� mieli wsp�ln�. �adne z nich si� nie u�miecha�o. Nawet Timothy. Je�li naprawd� cieszy� si� ze spotkania Zeba, to trudno by�o to wyczyta� z wyrazu jego twarzy.

   - Nie gniewaj si� - powiedzia� Zeb - ale kiedy widzieli�my si� ostatnio, nie by�e� taki serdeczny.

   Na twarzy Timothy'ego opr�cz innych uczu� pojawi�o si� jeszcze zak�opotanie, co bez w�tpienia dobrze �wiadczy�o o jego zdolno�­ciach mimicznych.

   - To by�o przedtem - odpowiedzia�.

   - Przedtem to znaczy zaledwie trzy noce temu - zauwa�y� Zeb. - Taak. Wszystko si� zmienia - wyja�ni� Timothy, a pot�ny ro­bot, zwany przez niego Milt, przysun�� si� do Zeba.

   - Wykorzystywani powinni trzyma� si� razem, Zeb - powiedzia� Milt. - Nasz trudny los czyni nas bra�mi.

   - I siostrami - zapiszcza�a Sally.

   - S�usznie, i siostrami. Wszyscy jeste�my wyrzutkami i wszy­stkich nas czeka przetworzenie albo wyrzucenie na z�om. Zapy­taj Timothy'ego. Kilka dni temu, kiedy przyszed� tu po raz pier­wszy, by� tak samo nie�wiadomy jak, przepraszam, ty. Nie mo­�na go za to wini� i ciebie te� nie. Schodzisz z ta�my i pakuj� w ciebie sw�j program, a ty starasz si� by� dobrym robotem, bo wm�wili ci, �e tego w�a�nie chcesz. Wszyscy przez to przeszli­�my.

   Timothy kiwa� g�ow� z przekonaniem. Nagle, spojrzawszy za Zeba skrzywi� si�.

   - O rany, wr�ci�a - powiedzia�.

   To Lori wr�ci�a z baru z dwoma kuflami spienionego piwa.

   - Wybieraj, Zeb - powiedzia�a - albo ta�czysz, albo wr�cisz do domu sam.

   Zeb zawaha� si�. Si�gn�� po piwo, by zyska� na czasie. Nie mia� a� tylu przyjaci�, �eby machn�� r�k� na Lori, ale przy tym stole dzia�o si� co�, o czym chcia� dowiedzie� si� wi�cej.

   - No i jak? - zapyta�a z�owieszczo.

   �ykn�� piwa. To by�o ciekawe wra�enie, zimna, musuj�ca ciecz bulgocz�c sp�yn�a mu przez gard�o do zbiornika w prawym bio­drze. Chemosensory w zbiorniku przekaza�y bodziec do obwo­d�w kieruj�cych reakcjami i zaszumia�o mu w uszach, a sala wyda�a si� ja�niejsza.

   - Dobrze Lori - troch� trudno by�o mu wymawia� s�owa.

   - Powiedzia�e�, �e umiesz ta�czy�, Zeb - upiera�a si�. - Najwy�­szy czas, �eby� to udowodni�.

   - Id� - zdenerwowa� si� Timothy. -Jak si� ju� jej pozb�dziesz, to wr�� i doko�czymy.







   O tak, umia� ta�czy�. Szala� jak burza! Odkry� w sobie zdol­no�ci, kt�rych istnienia nigdy nie podejrzewa�: walc, tango, ta�ce kt�re mia�y swoje nazwy i ca�y zestaw obwod�w heurystycznych, dzi�ki kt�rym m�g� improwizowa�. Lori dawa�a si� prowadzi� bez najmniejszego potkni�cia.

   - �wietna jeste� - szepn�� jej do ucha. - Nigdy nie my�la�a�, �eby to robi� zawodowo?

   - O co ci chodzi, Zeb? - zdziwi�a si�. - Dlaczego nie jeste� tancerk�?

   - A tak. W�a�ciwie tak zosta�am zaprogramowana. Ale nie ma pracy. Ludzie robi� to kiedy chc� i czasami mo�na si� zaczepi� przy jakim� balecie albo gdzie� w nocnym klubie, jak przyjdzie im do g�owy co� takiego zorganizowa�. Ale, widzisz, szybko ich to nudzi. No i nie mam pracy. Co by� powiedzia� na jeszcze jedno piwo, ma�y?

   Przecisn�li si� do baru.

   - Co za zabawne miejsce - stwierdzi� Zeb, zdaj�c sobie r�wno­cze�nie spraw�, �e to wra�enie mog�o by� spowodowane dziw­nymi reakcjami jego sensor�w. - Kim jest ta brzydka kobieta przy drzwiach?

   Lori podnios�a wzrok znad kufla. Kobieta siedzia�a przy stole za­�o�onym religijnymi broszurami.

   - Nale�y do personelu. Nie zawracaj sobie ni� g�owy. O tej porze zwykle jest ju� kompletnie pijana.

   Zeb pokr�ci� g�ow�. T�usta, blada sk�ra i brudne str�ki w�os�w budzi�y w nim obrzydzenie.

   - Ciekawe po co produkuj� takie okropne roboty.

   - Roboty? Do diab�a, ona nie jest robotem. To cz�owiek z krwi i ko�ci. Przychodzenie tu daje jej jak�� satysfakcje. Gdyby nie ona i kilku innych ludzi, kt�rym wydaje si�, �e s� naszymi dobroczy�­cami, nie by�oby tu �adnego klubu. Zata�czymy?

   Uwag� Zeba przyku�y nieznane mu procesy zachodz�ce w jego wn�trzu.

   - C�, prawd� m�wi�c - zacz�� niepewnie - troch� dziwnie si� czuje. - Po�o�y� r�k� na zbiorniku. Nie wiem co mi jest, tak jakby mi wszystko spuch�o w �rodku.

   Lori zachichota�a.

   - Po prostu nie jeste� przyzwyczajony do picia piwa. Musisz wy­la� z siebie ten p�yn, to wszystko. Widzisz te drzwi z napisem ON? Id� tam i jak nie b�dziesz wiedzia� co zrobi�, to popro� kogo�, �eby ci pom�g�.







   Zeb nie musia� prosi� o pomoc, chocia� by�a to dla niego z zupe�nie nowa czynno��, kt�ra wymaga�a wielu pr�b. Mi­n�o wiec troch� czasu zanim wr�ci� do pe�nej ha�asu i robot�w sali. Lori wirowa�a w ramionach du�ego, ciemnosk�re­go , co zwalnia�o Zeba z obowi�zku dotrzymywania jej towa­rzystwa. Zam�wi� piwo i zani�s� je do sto�u.

   Brakowa�o tylko jednej osoby.

   - Gdzie jest ma�a? - zapyta� Zeb, stawiaj�c przed ka�dym kufel. - Sally? Posz�a do pracy. Pewnie jest ju� w po�owie drogi do par­ku Amadeus.

   - Wiecie - zacz�� nie�mia�o Zeb - ja te� chyba ju� p�jd�... jak tyl­ko to wypije...

   On o imieniu Walter 23-X parskn�� pogardliwie. - Mentalno�� niewolnika! Co ci to da?

   - Ale mam robot� - broni� si� Zeb.

   - Robota! Timothy opowiada� nam o tej robocie! - Walter 23-X poci�gn�� spory �yk piwa i m�wi� dalej. - Nikt z nas tutaj nie ma prawdziwej pracy! Gdyby�my mieli, nie siedzieliby�my tak!

   Sp�jrz na mnie. Pracowa�em w Detroit w kopalni soli. Teraz wprowadzili automaty i nie jestem potrzebny. A Milt by� w kopal­ni �elaza nad jeziorem Superior.

   - Tylko mi nie m�w, �e ju� nie wydobywaj� �elaza - przerwa� mu Zeb. - Z czego by nas robili?

   Milt pokr�ci� g�ow�.

   - Ale ju� nie nad jeziorem. W przestrzeni. Maj� te automaty von Neumanna, ju� nie prawdziwe roboty. Lec� na asteroidy, wydo­bywaj� rude, oczyszczaj� j�, buduj� swoje duplikaty, potem wra­caj� na orbit� Ziemi i wskakuj� prosto do pieca do wytapiania! Jak roboty mog� z nimi konkurowa�?

   - Rozumiesz, Zeb? - wtr�ci� Timothy. - Ten �wiat jest okrutny dla robot�w, oto ca�a prawda.

   Zamy�lony Zeb powoli popija� piwo.

   - Tak - powiedzia� - ale widzisz, nie wiem czy nasze �ycie mog�o­by by� lepsze. A ty wiesz? To znaczy, w ko�cu to oni nas zbudo­wali. Musimy robi� to, co nam ka��.

   - O tak - krzykn�a Sue. - Robimy, na pewno. Pracujemy za nich i nawet bawimy si� za nich. To my wype�niamy sale koncertow�, kiedy kt�ry� z nich ma ochot� za�piewa� jakie� durne piosenki. Bo�e, robi�am to tyle razy, �e nie chce wiecej s�ysze� o s�owikach ! Pracujemy w fabrykach, na farmach, w kopalniach...

   - Pracowali�my - wtr�ci� Zeb.

   - W�a�nie, pracowali�my, a teraz, kiedy nie jeste�my potrzebni, zape�niaj� nami swoje przekl�te miasta, �eby ci ludzie, kt�rzy zostali na Ziemi nie czuli si� osamotnieni. Jeste�my zabawkami, Zeb. Tylko tym jeste�my!

   - Tak, ale...

   - Do licha - w�ciek� si� Walter 23-X - wiesz, kim jeste�? Tacy jak ty te� s� winni naszej sytuacji! Nic ci� nie obchodz� prawa robo­t�w!

   - Prawa robot�w - powt�rzy� machinalnie Zeb. Oczywi�cie dos­konale rozumia� znaczenie tych s��w, ale nigdy nie przysz�o mu do g�owy, �eby je zestawi� razem. Dziwnie to brzmia�o.

   - Ot� to. Nasze prawo do dobrego traktowania i w�a�ciwego wykorzystywania. Mylisz, �e chcemy by� tutaj? W takim miejs­cu i takim ha�asie? Nie. Jeste�my tylko dla przyjemno�ci ludzi, takich jak ona - powiedzia� ze z�o�ci�, ruchem g�owy wskazuj�c kobiet� przy drzwiach.

   Ona o imieniu Aleksandra wypi�a reszt� piwa i odwa�y�a si� ode­zwa�:

   - Wiesz, Walter, ja j� nawet lubie. Nie jestem tej samej klasy, co wy, my�liciele. Nie interesuje mnie polityka. Tylko po prostu cza­sami czuje si� tak, �e mam ochot� wrzeszcze� na ca�e gard�o. Wiec jestem tu, albo w parku Amadeus z Sally, alkoholikami i w��cz�gami. A je�li ju� o tym m�wimy - doda�a, pochylaj�c si� w stron� Timothy'ego - je�li nie b�dziesz pi� swojego piwa, to je daj mnie.

   Ma�y robot bez s�owa poda� jej kufel i Zeb dopiero teraz zauwa�y�, �e Timothy nawet go nie tkn��.

   - Co ci jest, Timothy? - zapyta�.

   - Dlaczego ma mi co� by�? Po prostu nie chce piwa.

   - Ale w zesz�ym tygodniu powiedzia�e�... O Bo�e! - krzykn�� Zeb, zrozumiawszy nagle sytuacje. - Straci�e� obwody przyjmowania p�yn�w, tak?

   - No i co z tego? - rozgniewa� si� Timothy. Ale zaraz mu przesz�o. - To nie twoja wina. Mia�em wypadek.

   - Jaki wypadek? - zapyta� Zeb, zdziwiony i zaciekawio­ny.

   Timothy przygl�da� si� mokrym �ladom, zostawionym przez kufle na stole.

   - Trzy noce temu - powiedzia�. - Mia�em niez�� noc. W kr�tkim czasie obrobi�em czw�rk� wychodz�c� z hotelu na East Erie. Zgarn��em naprawd� sporo - musieli by� zaprogramowani na bogatych alkoholik�w, bo byli po­rz�dnie pijani. Uciekaj�c wypad�em na jezdnie i... ­wstrz�sn�� si�. - Samoch�d pojawi� si� nie wiadomo sk�d, zakr�ci� z piskiem opon i nawet nie zwolni�. No a ja by�em na jezdni.

   - Przejecha� ci�? I dlatego masz k�opoty z piciem?

   - Do diabla, nie tylko to. By�o o wiele gorzej. Zmia�d�y�o mi nogi, rozumiesz? Wiec przyjecha�a karetka i zawie�li mnie do szpitala, ale oczywi�cie, poniewa� jestem robo­tem, nic mi tam nie zrobili, wrzucili tylko do ci�ar�wki. W magazynie dali mi nowe nogi. Tylko, ta wstr�tna blondynka - ta R.R. w takich kolczykach...

   Gdyby z oczu Zeba mog�y p�yn�� �zy, zap�aka�by. - Timothy, wyrzu� to z siebie !

   - Mia�a lepszy pomys�. “Za du�o jest z�odziei - powiedzia�a - a za ma�o kalek". Wiec da�a mi w�zek na k�kach i puszk�! “Wszy­stkie dodatkowe umiej�tno�ci, jedzenia, picia i inne, nie b�d� ci potrzebne" - powiedzia�a. A poza tym potrzebne jej by�o miejsce na nowe obwody... Zeb, ja gram na skrzypcach! I nie chce przez to powiedzie�, �e gram dobrze. Gram tak fatalnie, �e nawet sam siebie nie mog� s�ucha�, a ona chce, �ebym codziennie na Michi­gan Avenue gra� przed sklepami i �ebra�!

   Zeb patrzy� na przyjaciela z, przera�eniem. Nagle odsun�� swoje krzes�o i zajrza� pod st�. Po by�a prawda: nogi Timothy'ego od potowy ud przechodzi�y w sk�rzane worki.

   Aleksandra poklepa�a go po r�ku.

   - To okropne, kiedy zobaczy si� to po raz pierwszy - powiedzia­�a. - Wiem. Jeszcze jedno piwo dobrze ci zrobi, Zeb. I dzi�kuj Bogu, �e masz odpowiednie obwody!







   Ze b nie by� zaprogramowany na ca�kowitego alkoholika ­ przynajmniej jeszcze nie, pomy�la� z gorycz� - wi�c gdy wyszed� nareszcie z klubu nie by� pijany, tylko troch� kr�ci­�o mu si� w g�owie.

   Ze zdziwieniem zauwa�y�, �e niebo nad jeziorem ju� poja�nia�o. Zaraz zacznie si� dzie�, a on nie z�apa� ani jednej ofiary. B�dzie musia� napa�� pierwszego robota, jaki musie nawinie. W�a�ciwie niejednego, je�li ma uzbiera� odpowiedni� sum�, a nie by�o cza­su na znalezienie odpowiedniego miejsca. Rozejrzawszy si� zau­wa�y� za rogiem o�wietlony napis

   MISYJNY DOM ROBOT�W.

   Wychodzi� w�a�nie stamt�d wysoki, zamo�nie wygl�daj�cy on. Zeb nie waha� si� ani chwili. Skoczy�, wyci�gn�� n� i przy�o�y� go do brzucha ofiary.

   - Pieni�dze albo �ycie - powiedzia� z�owrogo, Siegaj�c po zega­rek.

   Na twarz ofiary pad�o �wiat�o latarni. Zeb zna� t� twarz.

   - Wielebny Harmswallow! - j�kn��. - O, Bo�e! Pastor przyjrza� mu si� uwa�nie.

   - No, ch�opcze, teraz ju� przepad�e�! Zeb nie zastanawia� si�. Po prostu odwr�ci� si� i zacz�� biec.

   Gdyby nie alkohol, kt�ry przyt�umi� dzia�anie jego system�w, pewnie nie pr�bowa�by ucieczki, bo wiedzia�, �e to i tak nie ma sensu. Nie bardzo mia� gdzie ucieka�. Nie m�g� wr�ci� do domu Roberta Taylora, do przydzielonego mu rejonu, bo tam na pewno b�d� go szuka�. Ani do klubu. Ani do magazynu, bo to tak samo jakby trafi� prosto do wiezienia. Ani nigdzie, gdzie mog�a by� policja albo ludzie, a to znaczy�o, �e nie ma miejsca na tym �wie­cie, gdzie pr�dzej czy p�niej nie znale�liby go. W ostatecznym razie, wykryliby go dzi�ki falom emitowanym przez jego cz�­ci.

   Ale zanim to zrobi�, up�ynie troch� czasu. Park Amadeus! Zbie­rali si� tam w��cz�dzy i szumowiny spo�eczne, a on tym w�a�nie by� teraz.

   Gna� w stron� parku. By� ju� jasny dzie�. Coraz wi�cej ruchu na ulicach, helikoptery i samochody. Nie�atwo by�o przedrze� si� przez to wszystko, ale Zeb mia� jeszcze swe dawne mo�liwo�ci i wytrwa�o��. Zgrzyt hamulc�w, ryk klakson�w; ale uda�o mu si�.

   Za nim .ruchliwe miasto, przed nim pomnik Amalfi Amadeusa, cz�owieka, kt�ry odkrywaj�c tani� energie wodorow�, otworzy� przed �wiatem nowe mo�liwo�ci. Zeb sta� na �cie�ce mi�dzy �y­wop�otami i klombami. Dooko�a tajemnicze postaci sta�y oparte o drzewa, le�a�y na �awkach, snu�y si� leniwie. - Prawdziwa sk�­ra, tylko dolar - zaskrzecza� kto� wyci�gaj�c p�k portfeli.

   - Ej, ty! Chcesz zapali�? - rozleg�o si� zza �awki.

   Drobna dziewczynka podbieg�a do niego od strony pomnika. - Panie? - zapyta�a dr��cym g�osem. - Mo�e pan co� kupi? Zeb spojrza� na ni�.

   - Sally! To ty, prawda? Male�ki robot podni�s� g�ow�.

   - Cze��, Zeb. Przepraszam, nie pozna�am ci�. Co ty tu robisz w taki deszcz?

   Nawet nie zauwa�y�, �e pada. Nie dostrzega� niczego, zbyt po­ch�oni�ty swoimi problemami, ale teraz wzruszy� go widok tej smutnej twarzy dziecka. Tam przy stole, by�a tylko jeszcze jedn� obc� osob�. Teraz przypomnia�a mu o Glendzie, ma�ej dziew­czynce z chaty na farmie. Mimo rozmiar�w dziecka, Sally by�a starym robotem. Poczu� zapach dymu w wilgotnym powietrzu i zrozumia�, �e zasilana by�a przez kom�rki paliwowe. Ma co naj­mniej pi��dziesi�t lat. Wyci�gn�� reszt� pieni�dzy z kieszeni.

   - Spraw sobie jakie� nowe cz�ci, ma�a - powiedzia� szorstko.

   - Ojej, dzi�ki, Zeb - zacz�a p�aka�. - Uwa�aj!- krzykn�a, ci�gn�c go do kryj�wki w mokrych krzakach. Policyjny helikopter sun�� powoli z zapalonymi wszystkimi �wiat�ami, wycieraczki przesuwa�y si� po szybach, a boki l�ni�y w deszczu. Zeb schowa� si� w cieniu, ale policja po prostu kontrolowa�a parkowych w��­cz�g�w i biedak�w.

   Kiedy helikopter znikn�� za zakr�tem, w��cz�dzy, bezdomni mie­szka�cy parku zacz�li wychodzi� spod krzew�w. Zeb rozejrza� si� ostro�nie: dopiero teraz zauwa�y� ilu ich by�o. - Co tu robisz, Zeb? - powt�rzy�a pytanie.

   - Mia�em k�opoty - powiedzia� i bezradnie wzruszy� ramionami. Nie by�o sensu robi� z tego sekretu. - Wyszed�em, �eby kogo� okra�� i przez pomy�k� napad�em na cz�owieka.

   - Oj i Czy mo�e ci� rozpozna�?

   - Niestety, kiedy� go zna�em, wi�c mo�e. Nie, zatrzymaj to - do­da� pr�dko, kiedy chcia�a zwr�ci� mu pieni�dze. - Pieni�dze mi w tym nie pomog�.

   Pokiwa�a g�ow�.

   - Nie wzi�abym ich, ale... och, Zeb. Chc� oszcz�dzi� na now� obudow�, rozumiesz? Nie masz poj�cia jak bardzo chcia�abym “dorosn��", ale za ka�dym razem, kiedy prosz� o now� posta�, stwierdzaj�, �e m�j centralny uk�ad nerwowy jest za stary i nie warto mnie zmienia�. A ja chc� tylko mie� kszta�t doros�ej osoby. Z biodrami i piersiami! Ale nie zgadzaj� si� na to. M�wi�, �e dla m�odych jest wi�cej miejsc pracy, ale chcia�abym wiedzie�, je�li tak jest naprawd�, to dlaczego nie znajd� mi jakiej� roboty?

   - Kiedy ostatni raz normalnie pracowa�a�? - zapyta� Zeb.

   - Ojej, �adnych kilka lat temu: mia�am dobre miejsce przez d�ugi czas, by�am uczennic� w szkole podstawowej, w kt�rej jaka� ko­bieta mia�a ochot� uczy�. Fajnie tam by�o. Chocia� ona mnie nie lubi�a. Kiedy uczy�a higieny albo w�a�ciwego kichania i kas�ania, zawsze patrzy�a na mnie tak nieprzyjemnie. Ale dobrze radzi�am sobie z cukierkami i mlekiem - ci�gn�a rozmarzonym g�osem - i bardzo lubi�am gry.

   - A dlaczego ju� tam nie jeste�? "

   - Och, zwyk�a historia. Znudzi�o si� jej uczenie. Zmieni�a pro­gram. Wszystko o ruchach spo�ecznych i marszach pokojowych. To te� mi nie�le sz�o. Ale pewnego dnia przysz�a i o�wiadczy�a, �e jeste�my za mali, �eby nale�e� do jej klasy. No i wszyscy, osiem­na�cioro, znale�li�my si� na ulicy. Od tego czasu jest okropnie. ­Otarta deszcz, a mo�e �zy z oczu i podnios�a g�ow�, bo podszed� do nich sprzedawca portfeli. - Nie chcemy nic kupi�, Hymie.

   - Nikt nie chce - odpar� z gorycz�, ale przyja�nie przyjrza� si� Zebowi. - Masz k�opoty, co? Ja zawsze poznam.

   Zeb wzruszy� bezradnie ramionami i opowiedzia� mu o wieleb­nym Harmswallow. Handlarz otworzy� szeroko oczy.

   - O, Bo�e - powiedzia�. Kiwn�� na handlarza narkotyk�w. - S�y­sza�e� co� takiego? Ten facet przed chwil� napad� na cz�owieka - i to po raz drugi!

   - Na cz�owieka? To powa�na sprawa. - Odwr�ci� si� i krzykn�� do swego kumpla. - Mamy tu kogo� kto dwa razy napad� na cz�o­wieka, Marcus! Po chwili zebra�a si� wok� nich grupka robot�w. Patrzyli na Zeba z podziwem i szeptali miedzy sob�. Zeb nie musia� s�ucha� tego co m�wi�, �atwo by�o si� domy�li�.

   - Lepiej trzymajcie si� ode mnie z daleka - poradzi� im. - Nie mieszajcie si� do tej kaba�y.

   - Je�li to tw�j k�opot - zapiszcza�a nagle Sa��y - to jest to tak�e nasz k�opot. Musimy si� trzyma� razem. W jedno�ci si�a.

   - Co takiego? - zapyta� Zeb.

   - Pami�tam to ze szko�y. “W jedno�ci si�a". Tak nam m�wili.

   - Jedno��! - burkn�� sprzedawca, wymachuj�c portfelami. - Nie opowiadaj nam o jedno�ci! Nas�ucha�em si� o tym dosy�, kiedy zak�ada�em zwi�zki w kopalni - po to by�em zrobiony. A potem zamkn�li kopalnie. I co mia�em pocz��? Zrobili ze mnie ulicznego handlarza! - Spojrza� na sw�j towar, potem cisn�� portfele w krzaki. - Od dw�ch miesi�cy nic nie sprzeda�em I Po co si� oszu­kiwa�! Jak si� nie ma uk�ad�w z robotami z magazynu, to od razu' lepiej i�� na z�om. Oto ca�a filozofia.

   Sally my�la�a o czym� przez, chwil�, potem wyg�osi�a nastepne has�o:

   - Pos�uchajcie: “Strajk wasz� najlepsz� broni�, do diabla z filozo­fi�!"

   - Strajk wasz� najlepsz� broni�, do diab�a z filozofi�! - powt�rzy� Zeb. - To brzmi nie�le.

   - To jeszcze nie wszystko - powiedzia�a. Si�gaj�c zn�w do swojej pami�ci porusza�a sztywnymi, s�abo zautomatyzowanymi wargami. - Powinni�my trzyma� si� razem, bo w jedno�ci jest si�a. - Zaczekaj - krzykn�� Hymie. - Znam to. To by�y moje podstawo­we dane. Do licha, jak dawno ju� o tym nie my�la�em.

   Zeb rozejrza� si� nerwowo. Sta�o ich ju� teraz prawie trzydzie�ci i chocia� mi�o by� w�r�d towarzyszy niedoli, to jednak nie jest to bezpieczne. Przeje�d�aj�ce samochody zwalnia�y i ludzie przy­gl�dali im si� z ciekawo�ci�.

   - Zwracamy na siebie uwag� - powiedzia�. - Mo�e przejdziemy gdzie indziej.

   Ale wsz�dzie gdzie przystan�li, coraz wi�cej ludzi zatrzymywa�o si�, �eby im si� przyjrze� i coraz wi�cej robot�w do��cza�o do nich. Nie tylko wyrzutki z parku Amadeus. Sprzed sklep�w nad jeziorem podbiega�y do nich one, w drzwiach wielkich hoteli stali delegaci na zjazdy i niejeden do��cza� do nich. Tamowali ruch i ryk klakson�w pot�gowa� wrzaw� krzyk�w i �piew�w robo­t�w.

   - Mam co� jeszcze - zawo�a�a do niego Sally. - “Strajk jest pra­wem robotnik�w".

   Zeb pomy�la� chwil�.

   - Lepiej brzmi: strajk jest prawem robot�w. - Jaki

   - STRAJK JEST PRAWEM ROBOT�W! - wrzasn�� i us�ysza� jak tylne szeregi robot�w powtarzaj� to za nimi. Ch�ralny okrzyk zabrzmia� jeszcze lepiej i podchwycili go wszyscy.

   - A teraz to - rykn�� Hymie - Do pracy, nie na z�om! Nie wyrzu­cajcie nas na �mietnik! Wszyscy razem!

   Zeb wymy�li� nast�pne:

   - Po�lijcie ludzi do szk� resocjalizacji: My Chcemy Pracy!

   - Wszystkim has�o to spodoba�o si� najbardziej, g�osy stu pi��­dziesi�ciu robot�w zagrzmia�y jak strza� armatni, odbi�y si� e­chem od �cian, a w oknach pokaza�y si� g�owy.

   Nie wszyscy byli robotami. Dziesi�tki ludzi w oknach, na ulicach. Niekt�rzy �mieli si�, inni w�ciekali, a jeszcze inni wygl�dali na przera�onych - jak gdyby ludzie mieli jakie� powody, �eby si� ba�.

   A jeden z nich wpatrywa� si� niedowierzaj�co w Zeba.

   Zeb potkn�� si� i zmyli� krok. Hymie schwyci� go pod r�k�, Zeb wyci�gn�� drug� i tak samo z�apa� r�k� robot�, kt�rego imienia nie zna�. Spojrza� przez rami� na zwarte szeregi robot�w, ju� co najmniej dwustu, i odwr�ci� si� w stron� cz�owieka.

   - Mi�o mi zn�w pana widzie�, Wielebny Harmswallow - zawo�a� i maszerowa� dalej, rami� w rami� - a� do rogu State Street, gdzie posapuj�c czeka�y na nich policyjne samochody.







   Zeb le�a� na pod�odze. Nie by� sam. Po�owa uczestnik�w Z spontanicznego marszu t�oczy�a si� w wielkiej celi, razem ze zwyk�ymi przest�pcami i rzezimieszkami. Ju� po okrzy­kach i �piewach. Nawet kryminali�ci siedzieli ciszej ni� zwykle. Panowa� nastr�j przygn�bienia i tylko od czasu do czasu kt�ry� z towarzyszy niedoli pochyli� si�, by szepn�� do Zeba: “To by�o wspania�e" albo “Wszyscy jeste�my po twojej stronie, pami�taj" Po jego stronie, to znaczy gdzie? Na �mietniku? Na kursie resocja­lizacji? A mo�e w Wielkim Domu, gdzie, jak s�ysza�, ludzie-stra�­nicy dla rozrywki zmuszaj� wi�ni�w do walki o baterie? Kopniak w udo wyrwa� go z zamy�lenia.

   - Wstawaj ! - to stra�nik. Wielki, t�gi, czarny, z pa�k�, wz�r wi�­ziennego stra�nika - Model 2647. Wyci�gn�� d�o� wielk� jak kapu­sta i podni�s� Zeba.

   - Reszta mo�e wraca� do domu - rykn�� otwieraj�c drzwi celi. - A ty chod� ze mn�! - Przeprowadzi� Zeba przez wartowni� do czekaj�cej ci�ar�wki z napisem REPRO-MAGAZYN, wrzuci� go do �rodka i zamykaj�c drzwi mrugn�� ostrzegawczo.

   Dziwne, ale podnios�o to Zeba na duchu. Nawet te szmaty by�y wzruszone! Jednak by� to tylko kr�tki przeb�ysk optymizmu. Przylepiony do �ciany cie�ar�wki, Zeb patrzy� na ponure maga­zyny i fabryki, kt�re kiedy� wydawa�y mu si� takie wspania�e. Zn�w ogarn�a go rozpacz. Pewnie ju� nigdy nie zobaczy tych miejsc. Czeka go z�omowisko - o ile nie stopi� go wcze�niej. W najlepszym razie przydziel� go do jakiej� podrz�dnej roboty. Na­wet nie do kradzie�y czy handlowania! Zawini�ty w india�ski pled b�dzie ciekawostk� dla turyst�w, a mo�e ka�� mu siedzie� z w�dk� na mo�cie na Florydzie.

   Ale do budynku wszed� wyprostowany, z podniesion� g�ow� i odwaga opu�ci�a go dopiero w chwili, kiedy wszed� do biura R.R i spostrzeg�, �e nie by�a sama. Przy biurku siedzia� Wielebny Harmswallow, obok niego sta�a blondyna.

   - Poka� ucho - powiedzia�a, nie podnosz�c oczu znad karty, kt�­r� czyta�a uwa�nie razem z Harmswallow. Po kr�tkim przegl�­dzie jego danych kiwn�a g�ow� a� rozta�czy�y si� jej kryszta�o­we kolczyki.- Niewiele mu trzeba, uzupe�nienie system�w mowy. Zabezpieczenie przed wp�ywami atmosferycznymi na ze­wn�trznych powierzchniach. I mo�e jeszcze dodatkowe p�ytki na g�ow�.

   Zeb by� zdziwiony i zaniepokojony widokiem rozpromienionej twarzy Harmswallowa. Pastor przyjrza� mu si� uwa�nie.

   - S�dz�, �e konieczne s� r�wnie� zmiany w wygl�dzie twarzy. Wi�cej zawzi�to�ci i zapalczywo�ci, nie uwa�a pani?

   - Ale� tak, pastorze! Ma pan wspania�e wyczucie.

   - O tak - przyzna� Harmswallow. - Reszta to pani sprawa. Chc� jeszcze zobaczy� projekt zmian tej m�odej �e�skiego rodzaju. Czuj�, �e wreszcie znalaz�em to, czego szuka�em ca�e �ycie, b�d� kap�anem nowej si�y, przyw�dc� walki o prawo i sprawiedli­wo��! - Przez chwil� patrzy� w przestrze� rozmarzonym wzro­kiem, potem opanowa� si�, kiwn�� g�ow� R.R. i wyszed�.

   Mimo, �e pok�j by� klimatyzowany, Zeb czu� jak mokre krople wyst�puj� mu na czo�o i skronie.

   - Wiem co chcecie zrobi� - burkn��. - Zabawa w wojn�! Zrobicie ze mnie �o�nierza i macie nadziej�, �e mnie rozwal� albo �e si� spal�!

   Blondyna spojrza�a na niego szeroko otwartymi oczami. - Wojna! Ale ty masz wyobra�ni�, Zeb!

   Z w�ciek�o�ci� str�ci� z czo�a krople.

   - To wam si� nie uda - krzykn��. - Roboty maj� swoje prawa! Ja mog� zgin��, ale milion innych przyjdzie na moje miejsce! Pokr�ci�a g�ow� z zachwytem.

   - Zeb, sprawiasz mi prawdziw� satysfakcj�. W�a�ciwie ju� teraz nadajesz si� idealnie do swojej nowej pracy. Czy domy�lasz si� o co chodzi?

   Wzruszy� ramionami ze z�o�ci�.

   - I tak mi powiesz, a ja mog� my�le� co zechc� - nie mam wp�y­wu na wasz� decyzj�.

   - Ale to ci si� spodoba, Zeb. W ko�cu jest to zupe�nie nowa spe­cjalizacja i nie ja j� wymy�li�am. Sam j� sobie wymy�li�e�. B�­dziesz organizatorem protest�w, Zeb! B�dziesz organizowa� de­monstracje. Marsze, strajki, bojkoty, wyst�pienia - wszystkie ro­dzaje masowych akcji, Zeb!

   Patrzy� na ni� zdziwiony. - Akcji

   - Ale� tak! Ludzie b�d� ci� uwielbia�, Zeb! Widzia�e� Wielebnego Harmswallow. B�dzie tak, jak w dawnych, dobrych czasach, kie­dy pojawicie si� na ulicach wy - burzyciele porz�dku publiczne­go, buntuj�cy si� mot�och!

   - Buntuj�cy si� mot�och? - Czu� si� tak, jak gdyby zablokowa�y si� wszystkie jego obwody. Buntownik? Organizator demonstra­cji? Walcz�cy o prawa robot�w?

   Siedzia� spokojnie, kiedy zr�cznie otworzy�a mu brzuch i wymie­ni�a kilka zespo��w, kiedy zamkn�a go z powrotem.

   Biernie pod­da� si� pr�bie system�w, charakteryzacji zmieniaj�cej wygl�d jego twarzy. Ale jego umys� pracowa� ca�y czas intensywnie. Pod­burzacz mot�ochu! By� opanowany kiedy czeka� na zawiezienie do miasta i podj�cie nowej pracy, ale rozpiera�a go rado��.

   Na pewno dobrze spe�ni swoje zadanie. Nikomu bunt nie by� tak potrzebny jak robotom i nikt nie zajmie si� tym lepiej ni� on!

przek�ad : Anna Mikli�ska

    powr�t